Alexa Lavend “Być kobietą, być kobietą…”

Być kobietą, być kobietą…

Jak wygląda codzienność przeciętnej kobiety? Pewnie bardzo podobnie do tej mojej…
Rano zapierniczam do pracy z językiem na plecach i dzieckiem na rękach, dziecko podrzucam do przedszkola i lecę na autobus. Jak na złość autobus tym razem wyjątkowo podjeżdża na czas, to znaczy wtedy, kiedy ja stoję po drugiej stronie ulicy. Ryzykując własne życie przebiegam przez ulicę, ale na kierowcy to nie zrobi żadnego wrażenia i mało uprzejmie pokazuje mi zad swojego autobusu z napisem „brudas”, na co ja pokazuję mu mój środkowy palec. Najlepsze jest to, że następny autobus ma być za dziesięć minut, ale oczywiście ten na czas nie będzie, no bo przecież jakby mógł, skoro ja tu stoję i pięknie na niego czekam.
Docieram do pracy punktualnie o 8:00, więc nie ma czasu na siusiu a po ogromnej kawie (tak naprawdę to było jej trzy) siusiu bardzo by się przydało. Nic to, z pełnym pęcherzem człowiek szybciej pracuje- wiem z doświadczenia.
Po pracy, w której biegałam jak szalona wiewióra po redbullu, tak samo szybko biegnę do Lidla zrobić zakupy. Mam dokładnie napisane co i ile czego trzeba, bo wiem, że Lidl to zdradziecka menda i podpuszcza promocjami. Jestem więc twardzielką i kupuję tylko to co trzeba. Do domu targam sześć reklamówek. Bycie twardzielką wytrzymało mi jakieś trzy minuty. Nadprogramowo kupiłam parę książek, malusieńkie filiżaneczki do kawy, które przepięknie wyglądały na półce sklepowej, a których pewnie nigdy używać nie będę, sosy chińskie słodko-kwaśne, których nie lubię, no ale zawsze jakaś to zmiana i kosztowały tyle co nic. Do tego pięknie pachnące środki czystości, które ważą tonę całą, ale kosztowały tylko dwa zety, więc wzięłam tyle, że teraz chyba do domu nie doniosę. Co pięć minut muszę stanąć na odpoczynek, ale powtarzam sobie, że to nic i tak warto było wszystko to kupić. Do mieszkania wnoszę toboły już totalnie spocona i zziajana. Po wypakowaniu wszystkiego jestem zła na samą siebie jak piorun, bo widzę, że jakieś osiemdziesiąt procent moich sprawunków to totalne duperele, które wylądują w piwnicy, albo w koszu, no ale cóż to, jesteśmy pokoleniem konsumenckim, czemu ja miałabym być inna?
Znowu mi się chce siusiu, ale czas lecieć po dziecię do przedszkola, więc rezygnuję z pójścia do toalety, bo wiem, że nic nie daje mi takiego spida, jak pełny pęcherz, a na dobiegnięcie do przedszkola mam 15 minut. Zdążę z palcem w tyłku (no nie, nie dosłownie, bo kupki mi nie trzeba) a i z powrotem będę szybciej. W przedszkolu pani przedszkolanka informuje mnie, że dziecko ma, jak to określiła, „wybuchową biegunkę, więc ja myślę czy:
a) ryzykować bieg z dzieckiem na rękach do domu i ewentualny „wybuch”
b) zamówić taksówkę z nadzieja, że przez pięć minut w obcym samochodzie „wybuch” nie nastąpi?
Wybieram opcję dziecka na rękach, bo jednak nie chce mi się czyścić czyjejś i tak nieczystej taksówki. Ubieram dzieciolka, zarzucam w objęcia i lecę do domu, nadsłuchując, czy nie wydobywają się jakieś podejrzane dźwięki w brzuchu, albo w innych częściach ciała. Do domu dobiegam bezpiecznie i bez złowrogich odgłosów z brzuszka dziecka, ale mój pęcherz już ledwo żyje. Dzieciaczek pięknie, samodzielnie ściąga kurteczkę i buty w przedpokoju, a ja uciekam na siusi. Kiedy siadam na sedesie słyszę „Mama muszę kupkę, brzuszek boli”. Jak błyskawica podciągam co trzeba i lecę do dziecka, które stoi w przedpokoju i radośnie oznajmuje, że „brzuszek już nie boli”. Nie zdążyłam. Rozbieram dziecia, pakuję do wanny, odgrzewam obiad, kończę rozpakowywanie zakupów, wyciągam dziecia z wanny, ubieram, daję jeść, puszczam bajki, odkurzam, myję naczynia… wszystko w bardzo ciepłym swetrze, zlewa mnie więc pot, bo zapomniałam się rozebrać. Po porządkach zabawa z dzieckiem, obgadanie dnia, tatuś wraca z pracy, kolacja. Posprzątane, dziecko w piżamie, leżymy i czytamy książkę na dobranoc. Mam jeszcze od groma rzeczy do zrobienia, więc cieszę się, że dzieciowi oczka się kleją, bo to znaczy, że będę mogła trochę posprzątać przed spaniem… Budzę się na słowa „mama kupkę”. Jest grubo po północy. Nici ze sprzątania, padłam jak kawka usypiając dziecko, nawet nie wiem kiedy. Przynajmniej zdążyliśmy do toalety tym razem, chwała Bogu, bo nienawidzę przebierać pościeli w środku nocy. Toaleta była jeszcze trzy razy tej nocy, więc gdy mój budzik zadzwonił o szóstej rano o mało go nie zabiłam śmiercią tragiczną.
Na dzień dobry była znowu wielka kawa (a właściwie to trzy)…
I jakoś tak wygląda dzień każdej mamy…? Mam rację, czy nie?

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*